Live hören
Jetzt läuft: Money trees von Kendrick Lamar feat. Jay Rock

Za chwilę druga tura

Posłuchaj felietonu Ewy Wanat

COSMO Radio po polsku - Beitrag 08.07.2020 04:47 Min. Verfügbar bis 08.07.2021 COSMO Von Ewa Wanat

Za chwilę druga tura

„Polskie władze przerzuciły odpowiedzialność za przeprowadzenie wyborów na niemiecką pocztę. Polska demokracja zależy od listonosza Afgańczyka albo Syryjczyka pracującego dla Deutsche Post. Pewnie w zemście za polskie stanowisko w sprawie relokacji sabotowali przesyłki” – pisze Ewa Wanat.

Ewa Wanat

Trochę wstyd, że państwa polskiego nie stać na przeprowadzenie wyborów za granicą i musi żebrać u Polonusów, żeby się dołożyli. A zanim ktoś powie, że ci co mieszkają za granicą nie powinni głosować, bo co to jest, żeby „jakiś Polak mieszkający na stałe w Monachium wybierał mi prezydenta”, niech zabroni również temu samemu monachijskiemu Polakowi zostawiać swoich euro w kraju. „Ponad 16 miliardów 300 milionów zł przesłali do Polski w 2017 roku emigranci. Najwięcej pieniędzy płynie od lat z Niemiec, Wielkiej Brytanii i Holandii. Niektórzy pomagają rodzinie, kolejni spłacają pozostawione w kraju zobowiązania, a jeszcze inni gromadzą środki na kontach oszczędnościowych, by w przyszłości zrealizować marzenie o powrocie do kraju” – pisała Gazeta Wyborcza w 2019 roku. 

Więc nie dość, że co roku zostawiają w  Polsce te miliardy, to jeszcze musieli dorzucić kolejne miliony do wyborów korespondencyjnych. W samych Niemczech na pierwszą turę zarejestrowało się 50 tysięcy osób, które pocztą przesyłało wypełnione karty wyborcze. Biorąc pod uwagę, że najtańszy list polecony kosztuje 2,20 euro, a najdroższy – do rąk własnych z potwierdzeniem – 6,90 (nie liczę już przesyłek ekspresowych i kurierów, które potrafią kosztować po kilkanaście euro), to sami Polacy w Niemczech wydali ponad 200 tysięcy euro, czyli milion złotych na to, by zrealizować swoje prawo wyborcze, które należy im się jak psu zupa. A podobno wybory są nie tylko powszechne i tajne, ale także równe dla wszystkich obywateli.  

Powiedzmy, że emigranci głosujący korespondencyjnie wydali w innych krajach podobne sumy, bardzo z grubsza licząc, musieli więc dołożyć od 4 do 6 milionów złotych i to tylko w pierwszej turze, za chwilę dołożą drugie tyle. Bo państwa polskiego nie było stać na koperty ze znaczkami zwrotnymi. Tymczasem Jacek Sasin lekką ręką przepuścił co najmniej 9 milionów złotych na wydrukowanie nikomu do niczego niepotrzebnych 30 milionów kart wyborczych na wybory widmo, o których od początku było jasne, że nie mają szans się odbyć. Może teraz te karty zanieść do skupu makulatury. Jak policzył Dziennik Zachodni, dostanie za nie trochę ponad 26 tysięcy złotych. Ledwie starczy na waciki dla posłanek PiS.  

W ogóle to, jak rządzący potraktowali Polaków mieszkających na stałe lub chwilowo za granicą przekracza ludzkie pojęcie. Może następnym razem, zanim Polonia wyda choć jedno euro w Polsce, głębiej się nad tym zastanowi?  

Media mają niestety często pamięć złotej rybki, dlatego dobrze, że jest wujek google. Warto przypomnieć, co mówili politycy o wyborach za granicą, zanim się odbyły. Na przykład taki wiceminister spraw zagranicznych Piotr Wawrzyk twierdził, że pakiety wyborcze będą poza Polską dostarczać lokalni przedsiębiorcy pocztowi, którzy zostali przeszkoleni pod kątem odpowiedzialności za tę przesyłkę „Mamy to zweryfikowane. Szczególnie że już wcześniej takie wybory były organizowane, choć skala była mniejsza – przekonywał. – Różne sytuację mogą się zdarzyć i nikt na to czasem nie ma wpływu, ale wybieramy takich partnerów do przeprowadzenia wyborów, którzy dają rękojmie ich prawidłowego przeprowadzone/../Nie wydaje mi się, aby tam, gdzie wyłącznie głosowanie korespondencyjne jest dopuszczalne, były problemy, które utrudnią jego przeprowadzenie”. To znaczy, że pan wiceminister przerzucił odpowiedzialność za przeprowadzenie wyborów na polskiego prezydenta na niemiecką, francuską, brytyjską czy irlandzką pocztę. Zaiste wstała ta Polska z kolan. Dumny i niezależny naród, który nauczył Francuzów jeść nożem i widelcem, i któremu nikt w obcych językach nie będzie dyktował, co ma robić. Tymczasem polska demokracja zależy od listonosza Afgańczyka albo Syryjczyka pracującego dla Deutsche Post. Ironia losu – w niemieckiej poczcie pracuje już kilka tysięcy uchodźców, których Niemcy przyjęli w 2015 roku. Pewnie w zemście za polskie stanowisko w sprawie relokacji sabotowali przesyłki. Jeszcze tylko dla rozśmieszenia Państwa dodam, że  "Czystą hucpą polityczną" nazwał pan minister Wawrzyk opinie przedstawicieli opozycji czy byłych ambasadorów RP, że MSZ utrudnia Polakom głosowanie poza granicami kraju. Za chwilę druga tura. 

Ewa Wanat

Stand: 08.07.2020, 18:31